Mój pierwszy raz – relacja niezupełnie intymna.

Jak każdy facet, który całe życie dojrzewa, dorosłem w końcu do przebiegnięcia troszkę większej odległości niż do najbliższego spożywczaka z zimnym piwem, czyli półmaratonu. Okazja wydawałby się idealna bo cóż to jest 120 km zwłaszcza przejechane w tak zacnym gronie.

Unisław, bo to jest to miejsce utraty mego dziewictwa to nieduża miejscowość w pobliżu Torunia. Jak widać do tej pory wszystko układa się miło i przyjemnie. Jak dodać do tego owocne przygotowania – a to Alanowe grzybki nad Sobótką, a to spacerek za ganiającymi się gdzieś po mostach Grześkiem i Karoliną, a to zupełna dwudniowa abstynencja przed biegiem – to wychodzi, że musi być sukces :-)

Ale o tym to po tym, zacznę od opisu przyrody około biegowej.
Wyjechaliśmy o jakieś barbarzyńskiej porze (po 7:30) mocną ekipą, z Grześkiem jako kapitanem okrętu flagowego oraz Karoliną i Jackiem. Przyznam szczerze, że dawno się tak nie ubawiłem jak w drodze do Unisławia …. Może żarty nie były najwyższych lotów ale fantastycznie masowały przeponę.
Pierwszą rysą na tym lustrze była pogoda – cały tydzień przed biegiem fajnie umiarkowana, zaś na złość wszystkim na sobotę pozwoliła sobie poszaleć - 28 st przed startem to przegięcie, a przecież dalej było tylko gorzej.

Biuro zawodów i burdel w nim panujący pozwolę sobie przemilczeć – widać ilość startujących, których było pewnie ze dwa razy więcej niż zwykle zwyczajnie przerósł orgów.

W pakiecie browar i koszulka XL dla wszystkich – (hej Karolina – jak się śpi w nowej koszuli nocnej ?).
Pif paf --> start, zacząłem sobie spokojnie ze Zbyszkiem, gadając z ludźmi wkoło, miły , spokojny spacerek po okolicy. Gdzieś na 7 czy też 8 kilometrze Zbyszka widać zanudziłem więc postanowił zostać z Bogdanem Zajączkowskim na dalsze dyskusje a mnie pozostało zasuwać dalej samemu. Pisać tutaj w zasadzie nie ma o czym – bo ile razy można odmienić słowo gorąco?

Jedyny naprawdę miły moment to zbieg w zupełnym cieniu gdzieś w połowie dystansu. Jednakże „najfajniej” to się zrobiło jakoś przed 20 km …. Zarąbista Góra stanęła przed oczami (i niestety nie była to Ania). Tu już nie było tak miło - pozostało zacisnąć zęby i zasuwać. Nasz dyżurny kibic w tym biegu, czyli Bogdan Makowski, próbował mi podobno podać jakąś wodę po drodze ale nie wiedzieć czemu nie zauważyłem tej okoliczności przyrody. Górę przeżyłem, do mety dotarłem ….. i w zasadzie przy tych okolicznościach dla każdego, któremu się udało osiągnąć metę bez względu na wynik należą się duże brawa.
Później była grochówka – pierwszy raz na biegu w Restauracji i uzupełnianie straconych węglowodanów piwem...

Podsumowując : Pierwszy raz nie boli :-)

autor: Aleksander Piechowicz

Najbliższe starty

Nasi partnerzy

Kontakt

 

Gdzie jesteśmy

Galeria