Zapraszamy do lektury relacji Przemka i Karoliny:

Tradycyjnie w pierwszą sobotę lipca odbyła się kolejna edycja Ciechanowskiej Piętnastki. W tym roku już XXXII. Tradycyjnie również uczestniczyła w tym biegu drużyna TKKF Płock – obrońca tytułu Mistrza Polski TKKF-ów na dystansie 15 km rozgrywanych w ramach tej imprezy.

Tym razem zdobyliśmy bardzo dobre 3 miejsce i wypiliśmy piwo okazałego pucharu! Ale od początku...

Do Ciechanowa przyjechaliśmy półtorej godziny przed biegiem. Już wtedy było upalnie. 28 stopni po godzinie 9 a bieg startował o 11, więc zapowiadał się hardcore… Sprawne zapisy, przejazd autobusami na start do Władysławowa, trochę rozgrzewki i nadszedł czas na ściganie.

Wystartowaliśmy!

Od razu do przodu ruszyli faworyci – Kamil Poczwardowski i Maciej Badurek. Szybko podjąłem decyzje że do nich dołączę, tym bardziej że zauważyłem że inni zawodnicy tworzący kolejną grupkę nie próbowali tego tempa utrzymywać. Postawiłem sobie za cel utrzymać się kilka kilometrów z Kamilem i Maćkiem a później gdy osłabnę kontrolować bieg aby utrzymać 3 miejsce. Z nimi szans nie miałem, tym bardziej że formę prezentuję obecnie wakacyjną. Utrzymałem się z nimi tylko 3 kilometry ale to wystarczyło aby wypracować sobie około 300 metrów przewagi nad grupą pościgową. Tempo spadło mi z około 3:25 na 3:35/km ale na zakrętach widziałem że moja przewaga ciągle się utrzymuje. Około półmetka miałem duży kryzys ale udało mi się go jakoś przezwyciężyć. Pomagały punkty z woda i strażackie kurtyny wodne. Należą się za to brawa organizatorowi. Ponad 30-stopniowy upał dawał większy wycisk niż szybkie tempo. Na tym odcinku tempo na pewno mi jeszcze bardziej spadło. Gdyby w tym momencie ktoś mnie dogonił to chyba by mnie minął jak furmankę:) Po 10 kilometrze odżyłem. Gdy już wbiegliśmy do miasta i pozostało około 4 kilometrów do mety już wiedziałem że na pewno będę stał na podium. Ostatnie kilometry były ciężkie ale mogłem sobie pozwolić na zwolnienie tempa bo nikt mnie już nie gonił. Widocznie rywali też kryzysy dopadły. Na mecie zameldowałem się z czasem 55:24. Jak na te warunki i moją formę chyba całkiem niezły, choć biegałem na tej trasie prawie o 4 minuty szybciej. Od razu po przebiegnięciu mety wypiłem 2 kubki wody i wylałem na głowę kilka litrów wody. Pomogło!
Teraz przyszedł czas pomóc drużynie. Szybko odpiąłem numer, chwyciłem zgrzewkę wody i ruszyłem w odwrotnym kierunku na trasę biegu. Po kilku minutach biegł Jacek, Piotrek, Aleks i Karolina. Z Karoliną przebiegłem ostatnie półtora kilometra. Była wycieńczona, ale im bliżej mety tym więcej sił udawało się jej wyzwolić. Wkrótce dobiegli kolejni nasi reprezentanci – Krzysiek i Ania.

Drużynowo zajęliśmy 3 miejsce. Było piwo w pucharze. Było wesoło!

autor: Przemysław Giżyński

Relacja Karoliny:

Wszystko mi mówi, że niebawem podejmę błędną decyzję. Tydzień poprzedzający start w Ciechanowie upłynął pod znakiem wychodzącego zmęczenia po półmaratonie w Unisławiu a trenować przecież było trzeba. Jednak czy człowiek nie uczy się na własnych błędach? Z pewnością ja uczę się na nich przez cały czas i rzadko odrabiam lekcje zatytułowaną trening i zawody.
Wyjechaliśmy około 8.00 zabierając po drodze na pokład silne punkty naszego zespołu tj. Anię i Alexa . Cel wyznaczony przez Szefową jeden – dobiec do mety, a że pogoda znowu nas nie rozpieszczała, samo osiągnięcie mety wydawało się być już dużym sukcesem.
W Ciechanowie sprawna obsługa w biurze zawodów i na tym koniec bo później było już tylko gorzej. Podstawione autobusy, których zadaniem było przetransportowanie nas do Władysławowa działała bardziej jak placebo gdyż w rezultacie podróż chociaż krótka przypominała gnieżdżenie się sardynek w puszce a przy temperaturze na zewnątrz 32 stopnie… żadna to przyjemność.

Wyruszamy…spokojnie. Tylko spokojnie, bo skończysz szybciej niż zaczęłaś. Rozglądam się ukradkiem to w prawa to w lewą stronę. Liczę ile dziewczyn jest przede mną. Pogoda nie jest na życiowi więc walka stoczy się jedynie o miejsca. Nie mam zegarka co by nie szaleć ale w rezultacie okazuje się, że na pierwszych dwóch kilometrach ponosi mnie ułańska fantazja, co w rezultacie nie wróży niczego dobrego. Zwalniam. Trzymam nadane tempo i mam cel utrzymać je do końca.

Słońce grzeje niemiłosiernie. Pitstopu nie widać, a towarzysze tej niedoli opuszczają mnie. Na szczęście nie wszyscy. W końcu wodopój. Uzupełniam płyny i biegnę dalej, zastanawiając się po jakiego diabła to robię. W tym momencie wiem, że jestem druga ale nie mam siły obejrzeć się za siebie.
Kryzys dopada mnie na 7,5 km. W pobliżu nie ma wodopoju. Nogi stają się coraz bardziej miękkie, zaczyna mi się kręcić w głowie. Informuję swojego towarzysza, że pilnie potrzebna jest mi woda. Na całe szczęście biegacz przed nami biegnie z izotonikiem i ratuje mnie z potrzasku.
Zwalniam. To jest moja chwila prawdy. Albo przejdę przez granicę swoich słabości albo ciągle będę w tym samym punkcie. Martwym punkcie gdyż nie poznam na co mnie stać. Podejmuję wyzwanie. Stopniowo zwiększam prędkość motywując się do walki. Z nikim się nie ścigam, z nikim nie walczę oprócz samej siebie. Tak mijam kolejnych biegaczy, którzy jeszcze tak niedawno mnie mijali.

W końcu przekraczam granicę miasta. Biegnę wciąż na drugim miejscu. Jednak coraz bardziej czuję się zmęczoną. Około kilometra przed metą na horyzoncie pojawia się znajoma czerwona koszulka. To Przemek wybiega po mnie. Skarzę się, nie mam siły potrzebuję pomocy, nie dam już rady...

Dasz, jeszcze kilka metrów…. Znowu przyspieszam. Jednak ma rację. Mam jeszcze zapas sił. Na metę wbiegam szczęśliwa z uniesionymi rękoma w geście triumfu. To był bardzo trudny bieg i za razem ważna lekcja w moich przygotowaniach, która tym razem została odrobiona.
Dodatkowo cieszy fakt, że jako drużyna zajęliśmy III miejsce w Mistrzostwach Polski Ognisk TKKF.

autor: Karolina Giżyńska

Najbliższe starty

Nasi partnerzy

Kontakt

 

Gdzie jesteśmy

Galeria