Od kilku lat planowałem start w Biegu Powstania Warszawskiego, ale zawsze jakaś przeszkoda stawała na drodze.

Wiele słyszałem pochlebnych opinii na temat tej imprezy i chciałem się przekonać na własnej skórze czy faktycznie jest taka wyjątkowa. W tym roku nareszcie się udało wystartować.

Do Warszawy dojechałem z klubową koleżanką Anią i kolegą Aleksandrem 2 godziny przed startem czyli o godzinie 19. Po długich poszukiwaniach znaleźliśmy dobre miejsce parkingowe na ulicy Sanguszki, niedaleko mety biegu.
Ania z Aleksandrem udali się do fontanny a ja do biura załatwiać klubową biurokrację i dostarczyć przesyłkę znajomemu biegaczowi. Po załatwieniu spraw mniej ważnych przyszedł czas na te ważniejsze czyli rozgrzewkę. O godzinie 20.15 gdy zaczęliśmy się rozgrzewać temperatura wynosiła UWAGA! UWAGA! 34 stopnie w cieniu… Ciepełko :)


Zapowiadał się masakryczny bieg. Cieszyłem się że wybrałem krótszy z dystansów czyli 5 km. Moje przygotowania do tego biegu były bardzo skromniutkie. Jedyne co biegałem ostatnio to wybiegania, rytmy i biegi ciągłe, a kilometraż wynosił 60-70 km/tygodniowo. Powód- praca po 12 godzin 6 dni w tygodniu. Jeszcze jeden taki trudny tydzień mnie czeka w pracy a później liczę że wrócę do normalnego trenowania i zdążę z formą na połowę września. Teraz jednak starałem się nie myśleć jakie mam braki treningowe, a o tym jak pobiec najszybciej. Pod koniec rozgrzewki założyłem okolicznościową zieloną koszulkę, opaskę powstańczą i moje niezawodne startówki Nike Zoom Streaki i nadszedł czas udać się na start.

O 21.00 wystartowaliśmy. Oprawa biegu była ciekawa. Jakieś strzały z karabinów maszynowych, muzyka, odgłosy czołgów, umundurowani harcerze. Było ciekawie. Początek biegu bardzo szybki i spory tłok. Startowało nas 5 tysięcy. Bieg na 10 km i 5km razem. Trasa na początku pozwalała się rozpędzić, było dużo z górki. Wokół trasy tłumy kibiców. Naprawdę fajnie się biegło. Przynajmniej do 3 km bo mniej więcej w tym miejscu odcięło mi prąd. Pot spływał strumieniami, aż oczy szczypały. Panowała duża wilgotność powietrza, duszno było niesamowicie. Trzeba było zacisnąć zęby i starać się stracić jak najmniej. Odżyłem na ostatnim kilometrze na podbiegu na ulicy Sanguszki, bo podbiegi lubię bardziej od zbiegów. Na końcówce wyprzedził mnie tylko jeden zawodnik, więc nie było tragicznie. Bieg ukończyłem z przeciętnym wynikiem 16:39 co dało mi 15 miejsce w klasyfikacji generalnej i 3 w wiekowej M-30. Zaraz po biegu w stroju startowym wszedłem pod prysznic i dopiero wtedy poczułem ulgę. Gdy doszedłem do samochodu aby się przebrać, termometr wskazywał 33,5 stopnia…

To był bardzo ciężki bieg, ale było fajnie :)

autor: Przemek Giżyński

Najbliższe starty

Nasi partnerzy

Kontakt

 

Gdzie jesteśmy

Galeria