Zwieńczeniem moich stadionowych treningów szybkościowych miał być dzisiejszy start na 3000 metrów w Warsaw Track Cup. Impreza bardzo ciekawa, innowacyjna i wyjątkowa bo odbywająca się na stadionie. Do tego bardzo ładnym bo na Warszawskiej Agrykoli. Do wyboru trzy dystanse: 1000, 1500 i 3000 metrów. Biegi odbywające się w seriach po około 20 zawodników. Super!

Do Warszawy ruszyliśmy z Karoliną po południu bo nasze serie zaplanowane były na 19.30 i 19.50. W stolicy byliśmy punktualnie o godzinie otwarcia biura zawodów czyli o 18.30. Organizatorami zawodów był mój brat Mariusz i grupa naszych znajomych, więc nie będę pisał jaka była organizacja bo na pewno nie byłbym obiektywny:) Ale moim zdaniem wszystko było profesjonalnie zorganizowane.

Po rozgrzewce o 19.30 ruszyła do boju Karolina. Dużo ją ten bieg sił kosztował, ale ukończyła z niezłym czasem 12:27.

Przyszła kolej na mnie. W mojej serii biegł kolega Łukasz Kalaszczyński z, którym umówiłem się na współpracę. Miałem poprowadzić pierwsze 500 m w tempie 3'03"/km, a później Łukasz miał prowadzić w dalszej części dystansu. Warunki do biegu mieliśmy idealne, więc można było powalczyć o dobry wynik.

Ruszyliśmy!

Na pierwszym wirażu wyszedłem na prowadzenie. Czułem luz i nawet nie przypuszczałem że biegnę za szybko, ale na 200-setnym metrze okazało się że jest o 3 sekundy za mocno. Lekko zwolniłem ale chyba nie tyle co powinienem. Na 500-setce Łukasz zmienił mnie na prowadzeniu. Później wyprzedziło mnie jeszcze dwóch zawodników. Biegłem za nimi. Biegło się w sumie nie najgorzej, ale gdy usłyszałem na kilometrze jaki mamy czas trochę się przestraszyłem bo było bardzo szybko 2:57. Aż o 6 sekund za szybko. Oznaczało to tylko tyle że albo będzie super wynik albo wielka klapa...

Na tak szybkie bieganie nie byłem przygotowany i niestety było to drugie. Zapłaciłem za to zbyt intensywne tempo na kolejnych okrążeniach. Problemy zaczęły się na 3 okrążenia do mety. Grupa uciekła, a ja coraz bardziej cierpiałem. Dwa ostatnie kółka chciałbym wymazać z pamięci. Dotruchctałem jakoś do mety z czasem 9:31.58.

Fajny bieg, ale taktycznie w moim wykonaniu beznadziejny. Jednak dla mnie stadion dalej nie jest naturalnym środowiskiem, ale w sobotę będzie asfalt i tam powinien się już czuć jak ryba w wodzie. Kolejne starty się zbliżają, a wnioski z tej trójki muszę wyciągnąć i wykorzystać w przyszłości.

A narazie trzeba się cieszyć bo była nowa życiówka, bo na 3 km dotychczas jeszcze nie biegałem:)

A oto co powiedziała Karolina po biegu: " nigdy w życiu tak źle nie czułam się po biegu ale za razem było to dobre przetarcie przed czekającymi mnie startami. Pewnie za jakiś czas jeszcze raz podejmę wyzwanie. Teraz mam co poprawiać :)"

Najbliższe starty

Nasi partnerzy

Kontakt

 

Gdzie jesteśmy

Galeria